Wszystko szło zgodnie z planem. Chris, będąc w hali od trzech dni, zorientował się gdzie i jak rozmieszczony jest towar, co pozwoliło nam zaoszczędzić czasu. Musieliśmy wydostać się stąd zanim zrobi się jasno, ponieważ wtedy ktoś mógł się zorientować, że hala jest zniszczona, a strażnik ogłuszony. Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy wrzucając je do worków, które następnie zarzuciliśmy sobie na barki. Byliśmy gotowi na powrót do Federu. Blake nie mógł dłużej czekać, ludzie zbyt szybko tracą siłę... Co pomyślałaby sobie Angi gdybym nie zdążyła? Obiecałam jej, że zrobię wszystko aby Blake wyzdrowiał. Musiałam dotrzymać słowa. Poczułam uczucie pewności siebie, jednak przegrało ono z narastającym zmęczeniem.
Dnia czwartego, po przemierzeniu kolejnych kilometrów wszyscy poczuliśmy senność, jednak najbardziej odczuwał je Chris. Był od nas słabszy, sam to przyznał. Wiedziałam to od razu, jego plama na dłoni różni się od naszej, jest mniejsza i jakby bledsza. Może gdy zaprowadzimy go do wodza...
-Ach! Co jeśli wódz nie zgodzi się na przyjęcie dorosłego Fizza? - Pytanie zadał Wers, jakby czytając mi w myślach.
-Musi się zgodzić. - Odpowiedziałam bez emocji.
Dalej szło już z górki. Byliśmy coraz bliżej krainy, a co za tym idzie byliśmy bardziej zmęczeni. Postanowiliśmy usiąść przy plaży i tam przenocować, ponieważ robiło się już ciemno. Doktor rozpalił ogień, ponieważ w świecie ludzi było całkiem chłodno. Z każdym kilometrem zbliżającym nas do Federu robiło się cieplej, tam nikt nie znał uczucia jakim jest zimno. Wódz boi się, że to może zbliżyć ludzi do naszej krainy, ja jednak uważam, że ludzie nie są tak inteligentni.
Usiedliśmy obok ognia aby się ogrzać. Ja, doktor Frein, Wers i August. Brakowało tylko Chrisa, wszyscy to zauważyliśmy.
-Pójdę go poszukać - odparłam wstając z ogrzanego już piasku.
Przeszłam przez plażę i zauważyłam czarną sylwetkę siedzącą tuż przy morzu. Coś mnie tam ciągnęło, musiałam zapytać o co chodzi. Podeszłam do mężczyzny, a on czując moją obecność uśmiechnął się lekko. Usiadłam obok niego i zdobywając się na odwagę powiedziałam:
-Twoja plama nie jest tak intensywna...
-Wiem to. - Odparł szybko i zdecydowanie. Czułam w jego głosie nutę gniewu.
-Nie chciałam Cię urazić... Po prostu.... Każdy z Fizzów jest taki sam, tak samo silny. Dlatego też w krainie nie znamy uczucia chęci walki, bo wiemy, że każdy ma taką samą szansę... Gdyby dwie osoby zdecydowały się walczyć, zginęłyby obie. A Ty... Ty jesteś inny... - Sama nie wiedziałam co chcę mu powiedzieć.
-Jestem słabszy. Chcę rozwiązać tę zagadkę... Ale muszę też dowiedzieć się gdzie jest Peter.
Zamarłam. Zupełnie zapomniałam o jego przyjacielu, to przez tę sprawę był tak zdenerwowany!
-Wrócimy do Federu aby dowiedzieć się, czy wódz zgadza się na przyjęcie dorosłego członka... Wiesz, nowymi członkami krainy są zazwyczaj dzieci, niemowlęta. Jeśli zgodzi się na przyjęcie Ciebie, zgodzi się też na twojego przyjaciela. A... A jeśli chodzi o niego? Jaki on jest?
Chris uśmiechnął się i spojrzał na mnie brązowymi oczami.
-Bardzo samodzielny... Wszystko chce robić sam, choć czasami to nie przynosi oczekiwanych rezultatów - Zaśmiał się. - Zrobimy tak jak mówisz, mam nadzieję, że Peter wciąż jest w jaskini...
-Ja też mam taką nadzieję. - Uśmiechnęłam się. Nagle poczułam wielkie zmęczenie. Oparłam głowę na ramieniu chłopaka i odleciałam w świat snu. Widziałam mężczyznę walczącego ze stróżami prawa, poddał się, zabrali go... Otworzyłam oczy. Był bezpieczny.
Inni
niedziela, 23 listopada 2014
sobota, 22 listopada 2014
Wyprawa
Wyruszyliśmy wieczorem, zabierając ze sobą tylko wodę i kilka jabłek. Nasza kraina leżała bardzo daleko, niemal dwa tysiąca kilometrów od najbliższego miasta. Byliśmy potężnymi istotami, Mogliśmy przemierzać wiele kilometrów bez zmęczenia, jedynym problemem był głód, który pojawiał się co kilka dni. Dlatego też zabraliśmy tylko kilka owoców. Potrafiliśmy zjeść jedno jabłko, które wystarczało nam na 2, 3 dni. Tak samo było z zaspokajaniem pragnienia. Nasza wyprawa miała trwać tydzień, tak zaplanowaliśmy.
Gdy przemierzyliśmy już góry, stanęliśmy na wysokiej skarpie przy morzu. Wers dostrzegł światła, za którymi podążyliśmy. Przemierzaliśmy doliny, skarpy, wzniesienia przez około 2 dni. Reszta czasu miała wystarczyć nam na zabranie leków dla Blake'a i powrót do Federu.
Dotarliśmy do miasta około pierwszej w nocy dnia drugiego. Doktor Frein zauważył wielką fabrykę, więc się do niej udaliśmy. Musieliśmy uważać na stróży prawa, jednak mieliśmy na nich sposób, gaz pieprzowy. Przywiózł go kiedyś jeden z Fizzów, a z powodu rzadkich wypraw, starczył nam do dziś.
Wchodząc na teren fabryki zakryliśmy nasze szyje oraz dłonie. Tak mogliby nas rozpoznać. W momencie wyboru rasy, u każdego Fizza pojawiały się czarne plamy na szyi oraz dłoniach. Ruszyliśmy zauważając człowieka. Strażnik nie zdążył nawet włączyć alarmu, gdy stracił przytomność od kopniaka w twarz.
-Tak to się robi, drogie dzieci. - Zaśmiał się doktor - A teraz proszę, panie przodem.
Wyłączyliśmy uaktywnione alarmy i zniszczyliśmy wszystkie zatrzaski. Weszliśmy do fabryki.
-O cholera. Wyniesiemy wszystko co uda nam się unieść. To może się nam przydać. - Powiedział zachwycony August dostrzegając wielką halę z przedmiotami, które ciężko było zdobyć.
Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy takie jak leki, koce, a nawet przyprawy, aby nieco urozmaicić sobie żywność, ponieważ jedzenie owoców przez wieki może się naprawdę znudzić, tak przynajmniej mówił doktor. Miał on już dwójkę dzieci, które także były Fizzami. Jego żona, Calie, była prześliczną brunetką w jego wieku. Żyli w Federze już bardzo długi czas, coś około pięciuset lat. Opowiadali, że kiedyś ta kraina była całkiem inna. Trzeba było ją ulepszyć, aby wyglądała tak jak teraz. Na szczęście się to udało. Nagle usłyszałam rozlegający się krzyk.
-Aaaaaa! Puść mnie tępaku! - Krzyknął Wers wyrywając się osobie, która go złapała. Byliśmy w szoku, przecież staraliśmy się jak zawsze aby wszystko w wyprawie się udało. Nigdy nie spotkaliśmy żadnego człowieka, którego nie udałoby się pokonać. Spojrzałam na jego dłonie. Czarna plama, inna od naszej. Ale jednak był jednym z nas! Był z naszej rasy! Dlaczego ja się tak cieszę... - pomyślałam.
-Puść go! Jesteśmy tacy jak Ty! - Podeszłam do obcego mężczyzny i zaczęłam się z nim szarpać - Puuuść!
Chłopak przewrócił się na ziemię - o cholera - pomyślałam. Jestem od niego silniejsza! Przecież każdy z Fizzów jest taki sam...
-A więc to wy... - powiedział zdyszany mężczyzna wyglądający na nie więcej jak dwadzieścia pięć lat.
-Co się tu dzieje? Dlaczego nas zaatakowałeś? - Doktor spojrzał pytająco na mężczyznę przenosząc wzrok na jego dłonie.
-To wy jeszcze nic nie wiecie?
-Czego nie wiemy?
-Policja zaczęła węszyć. Byłem na wyprawie po jedzenie, gdy zaatakowali mojego przyjaciela. Po prostu go zabrali, ja zdążyłem uciec. Schowałem się tu, jestem tu już od 3 dni. Czekałem na was, wiedziałem, że kiedyś się pojawicie! Słyszałem o waszej krainie... Ale byłem zbyt słaby aby tam dotrzeć. Wiem, że inni Fizzowie są silniejsi ode mnie, nie mam pojęcia dlaczego. Nie mam tyle siły co wy i...
-A więc jesteś jednym z nas... Gdzie się podziewałeś? Ile już żyjesz? - Doktor nie przestawał węszyć.
-Ukrywaliśmy się w jaskini, ja i moi przyjaciele. Było nas pięciu, jednak Ashley, Derek i Mike zostali schwytani. Zostałem ja i Peter, jednak nie wiem gdzie on jest. Błagam, pomóżcie mi go znaleźć. Co do wieku... Mam dopiero 26 lat, więc życie dopiero przede mną... Tak samo było z nimi... - Mężczyzna posmutniał. - Mam na imię Chris.
Moje serce zabiło mocniej, gdy usłyszałam te imię. Wiedziałam, że tak samo miał na imię mój ojciec, powiedział mi o tym wódz. Coś nie dawało mi spokoju, zbyt bardzo przejęłam się historią tego mężczyzny. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Następnie odezwał się doktor:
-Ellie, to ty musisz zdecydować czy zabierzemy go do naszej krainy. To Ty zorganizowałaś wyprawę dla Blake'a...
Nie musiałam się nawet zastanawiać.
-Zabieramy go.
Gdy przemierzyliśmy już góry, stanęliśmy na wysokiej skarpie przy morzu. Wers dostrzegł światła, za którymi podążyliśmy. Przemierzaliśmy doliny, skarpy, wzniesienia przez około 2 dni. Reszta czasu miała wystarczyć nam na zabranie leków dla Blake'a i powrót do Federu.
Dotarliśmy do miasta około pierwszej w nocy dnia drugiego. Doktor Frein zauważył wielką fabrykę, więc się do niej udaliśmy. Musieliśmy uważać na stróży prawa, jednak mieliśmy na nich sposób, gaz pieprzowy. Przywiózł go kiedyś jeden z Fizzów, a z powodu rzadkich wypraw, starczył nam do dziś.
Wchodząc na teren fabryki zakryliśmy nasze szyje oraz dłonie. Tak mogliby nas rozpoznać. W momencie wyboru rasy, u każdego Fizza pojawiały się czarne plamy na szyi oraz dłoniach. Ruszyliśmy zauważając człowieka. Strażnik nie zdążył nawet włączyć alarmu, gdy stracił przytomność od kopniaka w twarz.
-Tak to się robi, drogie dzieci. - Zaśmiał się doktor - A teraz proszę, panie przodem.
Wyłączyliśmy uaktywnione alarmy i zniszczyliśmy wszystkie zatrzaski. Weszliśmy do fabryki.
-O cholera. Wyniesiemy wszystko co uda nam się unieść. To może się nam przydać. - Powiedział zachwycony August dostrzegając wielką halę z przedmiotami, które ciężko było zdobyć.
Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy takie jak leki, koce, a nawet przyprawy, aby nieco urozmaicić sobie żywność, ponieważ jedzenie owoców przez wieki może się naprawdę znudzić, tak przynajmniej mówił doktor. Miał on już dwójkę dzieci, które także były Fizzami. Jego żona, Calie, była prześliczną brunetką w jego wieku. Żyli w Federze już bardzo długi czas, coś około pięciuset lat. Opowiadali, że kiedyś ta kraina była całkiem inna. Trzeba było ją ulepszyć, aby wyglądała tak jak teraz. Na szczęście się to udało. Nagle usłyszałam rozlegający się krzyk.
-Aaaaaa! Puść mnie tępaku! - Krzyknął Wers wyrywając się osobie, która go złapała. Byliśmy w szoku, przecież staraliśmy się jak zawsze aby wszystko w wyprawie się udało. Nigdy nie spotkaliśmy żadnego człowieka, którego nie udałoby się pokonać. Spojrzałam na jego dłonie. Czarna plama, inna od naszej. Ale jednak był jednym z nas! Był z naszej rasy! Dlaczego ja się tak cieszę... - pomyślałam.
-Puść go! Jesteśmy tacy jak Ty! - Podeszłam do obcego mężczyzny i zaczęłam się z nim szarpać - Puuuść!
Chłopak przewrócił się na ziemię - o cholera - pomyślałam. Jestem od niego silniejsza! Przecież każdy z Fizzów jest taki sam...
-A więc to wy... - powiedział zdyszany mężczyzna wyglądający na nie więcej jak dwadzieścia pięć lat.
-Co się tu dzieje? Dlaczego nas zaatakowałeś? - Doktor spojrzał pytająco na mężczyznę przenosząc wzrok na jego dłonie.
-To wy jeszcze nic nie wiecie?
-Czego nie wiemy?
-Policja zaczęła węszyć. Byłem na wyprawie po jedzenie, gdy zaatakowali mojego przyjaciela. Po prostu go zabrali, ja zdążyłem uciec. Schowałem się tu, jestem tu już od 3 dni. Czekałem na was, wiedziałem, że kiedyś się pojawicie! Słyszałem o waszej krainie... Ale byłem zbyt słaby aby tam dotrzeć. Wiem, że inni Fizzowie są silniejsi ode mnie, nie mam pojęcia dlaczego. Nie mam tyle siły co wy i...
-A więc jesteś jednym z nas... Gdzie się podziewałeś? Ile już żyjesz? - Doktor nie przestawał węszyć.
-Ukrywaliśmy się w jaskini, ja i moi przyjaciele. Było nas pięciu, jednak Ashley, Derek i Mike zostali schwytani. Zostałem ja i Peter, jednak nie wiem gdzie on jest. Błagam, pomóżcie mi go znaleźć. Co do wieku... Mam dopiero 26 lat, więc życie dopiero przede mną... Tak samo było z nimi... - Mężczyzna posmutniał. - Mam na imię Chris.
Moje serce zabiło mocniej, gdy usłyszałam te imię. Wiedziałam, że tak samo miał na imię mój ojciec, powiedział mi o tym wódz. Coś nie dawało mi spokoju, zbyt bardzo przejęłam się historią tego mężczyzny. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Następnie odezwał się doktor:
-Ellie, to ty musisz zdecydować czy zabierzemy go do naszej krainy. To Ty zorganizowałaś wyprawę dla Blake'a...
Nie musiałam się nawet zastanawiać.
-Zabieramy go.
Problem
Nigdy nie zapomnę tego dnia. Żyliśmy z dnia na dzień, wszystko wydawało się tak piękne jak zawsze. Wraz z moją najlepszą przyjaciółką Angi, poszłyśmy po owoce. Zbierając gruszki zapytałam:
-Co z Blake'm?
Uśmiechnęła się ponuro. Blake był jej chłopakiem od bardzo dawna. Gdy przybyłam do Federu byli przyjaciółmi, to oni się mną zaopiekowali, wychowali mnie. Dzieci Federu mają to do siebie, że szybko dorastają psychicznie, ponieważ mając zaledwie 3 lata dziecko potrafi mówić poprawnym językiem oraz rozwiązywać najtrudniejsze zadania z matematyki lub innych przedmiotów. Gdy osiąga wiek 20 lat, zaczyna się powolne starzenie. Jeden rok u ludzi to wielka zmiana, u nas natomiast taka zmiana trwa około 200 lat.
Angi miała 25 lat, była więc ode mnie starsza, ale nie różniłyśmy się zbytnio wyglądem. Angi była śliczną blondwłosą dziewczyną. Każdy mężczyzna w naszej krainie ją dostrzegał, jednak ona dostrzegała tylko Blake'a. Zostali parą w momencie, gdy zaczęli mnie wychowywać. To już sporo czasu.
-Wiesz, Ellie... - Zrobiłam posępną minę. Zdrobniła moje imię, robi to zawsze gdy coś się stanie.
-Coś się stało. Wiem to, widzę po twojej minie.
-Blake nie czuje się najlepiej... Ta rana go wykańcza. Nasze zioła nie pomagają, jak niby mamy go wyleczyć? Nie jest jednym z nas. Nie zdrowieje tak szybko jak my... - Angi przytuliła się do mnie i momentalnie się rozpłakała.
Blake nie był Fizzem, tak samo jak my. Rodzice porzucili go w lesie,myśląc, że nim jest. Znalazła go mała Angi. Przyniosła go do Federu, zaopiekowała się nim. W miarę czasu opiekowali się sobą nawzajem, ponieważ Blake jest od niej starszy 5 lat, a Angi rozwinęła się psychicznie bardzo szybko. Starsi Federowie nie chcieli go zatrzymać, kazali go zabić. Wtedy Angi postanowiła, że odda za niego życie, szantażowała ich. Miała zdolność manipulowania uczuciami. Dorośli dali mu szansę, a Blake zaczął trzymać się z nami. Był to jedyny zwykły człowiek w naszej krainie.
-Na pewno coś wymyślimy. Obiecuję. - Spojrzałam na moją przyjaciółkę, która zalana była łzami. - Angi, obiecuję. Wymyślimy coś. Nie płacz już, proszę.
-Ellie... Jeśli on umrze to jedyną osobą, która...
-Nie umrze. Nic mu się nie stanie. Już ja o to zadbam.
Kolejne dni mijały ciężko, ponieważ Blake czuł się coraz gorzej. Nie wiedzieliśmy jak mu pomóc, nie mogliśmy przecież udać się do ludzi i poprosić o leki dla naszego przyjaciela. Trzeba to było zrobić podstępem. Zaplanowaliśmy podróż nocną. Ja, doktor Frein, August i Wers.
-Co z Blake'm?
Uśmiechnęła się ponuro. Blake był jej chłopakiem od bardzo dawna. Gdy przybyłam do Federu byli przyjaciółmi, to oni się mną zaopiekowali, wychowali mnie. Dzieci Federu mają to do siebie, że szybko dorastają psychicznie, ponieważ mając zaledwie 3 lata dziecko potrafi mówić poprawnym językiem oraz rozwiązywać najtrudniejsze zadania z matematyki lub innych przedmiotów. Gdy osiąga wiek 20 lat, zaczyna się powolne starzenie. Jeden rok u ludzi to wielka zmiana, u nas natomiast taka zmiana trwa około 200 lat.
Angi miała 25 lat, była więc ode mnie starsza, ale nie różniłyśmy się zbytnio wyglądem. Angi była śliczną blondwłosą dziewczyną. Każdy mężczyzna w naszej krainie ją dostrzegał, jednak ona dostrzegała tylko Blake'a. Zostali parą w momencie, gdy zaczęli mnie wychowywać. To już sporo czasu.
-Wiesz, Ellie... - Zrobiłam posępną minę. Zdrobniła moje imię, robi to zawsze gdy coś się stanie.
-Coś się stało. Wiem to, widzę po twojej minie.
-Blake nie czuje się najlepiej... Ta rana go wykańcza. Nasze zioła nie pomagają, jak niby mamy go wyleczyć? Nie jest jednym z nas. Nie zdrowieje tak szybko jak my... - Angi przytuliła się do mnie i momentalnie się rozpłakała.
Blake nie był Fizzem, tak samo jak my. Rodzice porzucili go w lesie,myśląc, że nim jest. Znalazła go mała Angi. Przyniosła go do Federu, zaopiekowała się nim. W miarę czasu opiekowali się sobą nawzajem, ponieważ Blake jest od niej starszy 5 lat, a Angi rozwinęła się psychicznie bardzo szybko. Starsi Federowie nie chcieli go zatrzymać, kazali go zabić. Wtedy Angi postanowiła, że odda za niego życie, szantażowała ich. Miała zdolność manipulowania uczuciami. Dorośli dali mu szansę, a Blake zaczął trzymać się z nami. Był to jedyny zwykły człowiek w naszej krainie.
-Na pewno coś wymyślimy. Obiecuję. - Spojrzałam na moją przyjaciółkę, która zalana była łzami. - Angi, obiecuję. Wymyślimy coś. Nie płacz już, proszę.
-Ellie... Jeśli on umrze to jedyną osobą, która...
-Nie umrze. Nic mu się nie stanie. Już ja o to zadbam.
Kolejne dni mijały ciężko, ponieważ Blake czuł się coraz gorzej. Nie wiedzieliśmy jak mu pomóc, nie mogliśmy przecież udać się do ludzi i poprosić o leki dla naszego przyjaciela. Trzeba to było zrobić podstępem. Zaplanowaliśmy podróż nocną. Ja, doktor Frein, August i Wers.
Prolog
INNI
Byliśmy pokoleniem zamieszkiwanym odległe krainy. Żyliśmy wiekami, może i nawet dłużej. Rodziliśmy się aby utrzymać planetę w spokoju, to był nasz cel, który poniekąd udawało nam się realizować. Przychodziliśmy na świat będąc normalni, to nasi rodzice wybierali nam przeznaczenie. To coś w rodzaju wyboru imienia, tym razem rodzice mieli zadecydować, czy jego potomek będzie zwykłym człowiekiem, czy też nowym pokoleniem, silnym i prawie niezniszczalnym. Urodzenie nas, innych, wiązało się ze śmiercią. Było to czymś w rodzaju rekompensaty. Rodziła nas matka, która przemierzała wiele miast, aby w końcu pozostawić nas w lesie. Stamtąd zabierał nas wódz, który później musiał zabić rodziców, aby Ci nigdy nie wyjawili, kim jesteśmy.Jestem wdzięczna moim rodzicom, że zdecydowali się dać mi siłę, niezniszczalność i długowieczność. Zawsze zastanawiałam się kim byli, jak wyglądali. Czy mojej rodzicielce na lato wychodziły te durne piegi? Czy miała tak samo niesforne, kasztanowe włosy i te małe zgrubienie na nosie? Czy mój tata miał w zwyczaju ufać innym ludziom aż za bardzo, tak samo jak ja? Wiedziałam, że nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania. Jednak nie wszystko było tak piękne. Wielu ludzi chciało nas wytępić, nienawidzili świata pełnego odmieńców, świat miał być takim, jaki powstał. Rodzic, który dał życie najsilniejszej rasie musiał zginąć.
Policja i inni stróże prawa wiedzieli, że istniejemy, natomiast zagadką zdejmującą im sen z powiek było pytanie, gdzie zamieszkujemy.
Szukali nas od wielu lat, wielu z nich nas znalazło. Nasza rasa nie mogła pozwolić na wytępienie siebie, więc musieliśmy wytępiać ich. Musieliśmy chronić siebie.
Tak więc żyliśmy w odległej krainie, zwanej przez nas Federem. Była to kraina spokoju, nigdy nie musieliśmy się też bać o wodę lub żywność. W takim okręgu mieliśmy wiele drzew wydających owoce oraz wiele jezior i mórz. Teren pokrywała zielona trawa oraz piasek, a u szczytów wznosiły się góry. A my? Byliśmy silni, potężni, niezniszczalni, a przede wszystkim posiadaliśmy długowieczność. Nazywaliśmy się Fizzami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)