niedziela, 23 listopada 2014

Poznanie

Wszystko szło zgodnie z planem. Chris, będąc w hali od trzech dni, zorientował się gdzie i jak rozmieszczony jest towar, co pozwoliło nam zaoszczędzić czasu. Musieliśmy wydostać się stąd zanim zrobi się jasno, ponieważ wtedy ktoś mógł się zorientować, że hala jest zniszczona, a strażnik ogłuszony. Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy wrzucając je do worków, które następnie zarzuciliśmy sobie na barki. Byliśmy gotowi na powrót do Federu. Blake nie mógł dłużej czekać, ludzie zbyt szybko tracą siłę... Co pomyślałaby sobie Angi gdybym nie zdążyła? Obiecałam jej, że zrobię wszystko aby Blake wyzdrowiał. Musiałam dotrzymać słowa. Poczułam uczucie pewności siebie, jednak przegrało ono z narastającym zmęczeniem.
Dnia czwartego, po przemierzeniu kolejnych kilometrów wszyscy poczuliśmy senność, jednak najbardziej odczuwał je Chris. Był od nas słabszy, sam to przyznał. Wiedziałam to od razu, jego plama na dłoni różni się od naszej, jest mniejsza i jakby bledsza. Może gdy zaprowadzimy go do wodza...
-Ach! Co jeśli wódz nie zgodzi się na przyjęcie dorosłego Fizza? - Pytanie zadał Wers, jakby czytając mi w myślach.
-Musi się zgodzić. - Odpowiedziałam bez emocji.
Dalej szło już z górki. Byliśmy coraz bliżej krainy, a co za tym idzie byliśmy bardziej zmęczeni. Postanowiliśmy usiąść przy plaży i tam przenocować, ponieważ robiło się już ciemno. Doktor rozpalił ogień, ponieważ w świecie ludzi było całkiem chłodno. Z każdym kilometrem zbliżającym nas do Federu robiło się cieplej, tam nikt nie znał uczucia jakim jest zimno. Wódz boi się, że to może zbliżyć ludzi do naszej krainy, ja jednak uważam, że ludzie nie są tak inteligentni.
Usiedliśmy obok ognia aby się ogrzać. Ja, doktor Frein, Wers i August. Brakowało tylko Chrisa, wszyscy to zauważyliśmy.
-Pójdę go poszukać - odparłam wstając z ogrzanego już piasku.
Przeszłam przez plażę i zauważyłam czarną sylwetkę siedzącą tuż przy morzu. Coś mnie tam ciągnęło, musiałam zapytać o co chodzi. Podeszłam do mężczyzny, a on czując moją obecność uśmiechnął się lekko. Usiadłam obok niego i zdobywając się na odwagę powiedziałam:
-Twoja plama nie jest tak intensywna...
-Wiem to. - Odparł szybko i zdecydowanie. Czułam w jego głosie nutę gniewu.
-Nie chciałam Cię urazić... Po prostu.... Każdy z Fizzów jest taki sam, tak samo silny. Dlatego też w krainie nie znamy uczucia chęci walki, bo wiemy, że każdy ma taką samą szansę... Gdyby dwie osoby zdecydowały się walczyć, zginęłyby obie. A Ty... Ty jesteś inny... - Sama nie wiedziałam co chcę mu powiedzieć.
-Jestem słabszy. Chcę rozwiązać tę zagadkę... Ale muszę też dowiedzieć się gdzie jest Peter.
Zamarłam. Zupełnie zapomniałam o jego przyjacielu, to przez tę sprawę był tak zdenerwowany!
-Wrócimy do Federu aby dowiedzieć się, czy wódz zgadza się na przyjęcie dorosłego członka... Wiesz, nowymi członkami krainy są zazwyczaj dzieci, niemowlęta. Jeśli zgodzi się na przyjęcie Ciebie, zgodzi się też na twojego przyjaciela. A... A jeśli chodzi o niego? Jaki on jest?
Chris uśmiechnął się i spojrzał na mnie brązowymi oczami.
-Bardzo samodzielny... Wszystko chce robić sam, choć czasami to nie przynosi oczekiwanych rezultatów - Zaśmiał się. - Zrobimy tak jak mówisz, mam nadzieję, że Peter wciąż jest w jaskini...
-Ja też mam taką nadzieję. - Uśmiechnęłam się. Nagle poczułam wielkie zmęczenie. Oparłam głowę na ramieniu chłopaka i odleciałam w świat snu. Widziałam mężczyznę walczącego ze stróżami prawa, poddał się, zabrali go... Otworzyłam oczy. Był bezpieczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz