Wyruszyliśmy wieczorem, zabierając ze sobą tylko wodę i kilka jabłek. Nasza kraina leżała bardzo daleko, niemal dwa tysiąca kilometrów od najbliższego miasta. Byliśmy potężnymi istotami, Mogliśmy przemierzać wiele kilometrów bez zmęczenia, jedynym problemem był głód, który pojawiał się co kilka dni. Dlatego też zabraliśmy tylko kilka owoców. Potrafiliśmy zjeść jedno jabłko, które wystarczało nam na 2, 3 dni. Tak samo było z zaspokajaniem pragnienia. Nasza wyprawa miała trwać tydzień, tak zaplanowaliśmy.
Gdy przemierzyliśmy już góry, stanęliśmy na wysokiej skarpie przy morzu. Wers dostrzegł światła, za którymi podążyliśmy. Przemierzaliśmy doliny, skarpy, wzniesienia przez około 2 dni. Reszta czasu miała wystarczyć nam na zabranie leków dla Blake'a i powrót do Federu.
Dotarliśmy do miasta około pierwszej w nocy dnia drugiego. Doktor Frein zauważył wielką fabrykę, więc się do niej udaliśmy. Musieliśmy uważać na stróży prawa, jednak mieliśmy na nich sposób, gaz pieprzowy. Przywiózł go kiedyś jeden z Fizzów, a z powodu rzadkich wypraw, starczył nam do dziś.
Wchodząc na teren fabryki zakryliśmy nasze szyje oraz dłonie. Tak mogliby nas rozpoznać. W momencie wyboru rasy, u każdego Fizza pojawiały się czarne plamy na szyi oraz dłoniach. Ruszyliśmy zauważając człowieka. Strażnik nie zdążył nawet włączyć alarmu, gdy stracił przytomność od kopniaka w twarz.
-Tak to się robi, drogie dzieci. - Zaśmiał się doktor - A teraz proszę, panie przodem.
Wyłączyliśmy uaktywnione alarmy i zniszczyliśmy wszystkie zatrzaski. Weszliśmy do fabryki.
-O cholera. Wyniesiemy wszystko co uda nam się unieść. To może się nam przydać. - Powiedział zachwycony August dostrzegając wielką halę z przedmiotami, które ciężko było zdobyć.
Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy takie jak leki, koce, a nawet przyprawy, aby nieco urozmaicić sobie żywność, ponieważ jedzenie owoców przez wieki może się naprawdę znudzić, tak przynajmniej mówił doktor. Miał on już dwójkę dzieci, które także były Fizzami. Jego żona, Calie, była prześliczną brunetką w jego wieku. Żyli w Federze już bardzo długi czas, coś około pięciuset lat. Opowiadali, że kiedyś ta kraina była całkiem inna. Trzeba było ją ulepszyć, aby wyglądała tak jak teraz. Na szczęście się to udało. Nagle usłyszałam rozlegający się krzyk.
-Aaaaaa! Puść mnie tępaku! - Krzyknął Wers wyrywając się osobie, która go złapała. Byliśmy w szoku, przecież staraliśmy się jak zawsze aby wszystko w wyprawie się udało. Nigdy nie spotkaliśmy żadnego człowieka, którego nie udałoby się pokonać. Spojrzałam na jego dłonie. Czarna plama, inna od naszej. Ale jednak był jednym z nas! Był z naszej rasy! Dlaczego ja się tak cieszę... - pomyślałam.
-Puść go! Jesteśmy tacy jak Ty! - Podeszłam do obcego mężczyzny i zaczęłam się z nim szarpać - Puuuść!
Chłopak przewrócił się na ziemię - o cholera - pomyślałam. Jestem od niego silniejsza! Przecież każdy z Fizzów jest taki sam...
-A więc to wy... - powiedział zdyszany mężczyzna wyglądający na nie więcej jak dwadzieścia pięć lat.
-Co się tu dzieje? Dlaczego nas zaatakowałeś? - Doktor spojrzał pytająco na mężczyznę przenosząc wzrok na jego dłonie.
-To wy jeszcze nic nie wiecie?
-Czego nie wiemy?
-Policja zaczęła węszyć. Byłem na wyprawie po jedzenie, gdy zaatakowali mojego przyjaciela. Po prostu go zabrali, ja zdążyłem uciec. Schowałem się tu, jestem tu już od 3 dni. Czekałem na was, wiedziałem, że kiedyś się pojawicie! Słyszałem o waszej krainie... Ale byłem zbyt słaby aby tam dotrzeć. Wiem, że inni Fizzowie są silniejsi ode mnie, nie mam pojęcia dlaczego. Nie mam tyle siły co wy i...
-A więc jesteś jednym z nas... Gdzie się podziewałeś? Ile już żyjesz? - Doktor nie przestawał węszyć.
-Ukrywaliśmy się w jaskini, ja i moi przyjaciele. Było nas pięciu, jednak Ashley, Derek i Mike zostali schwytani. Zostałem ja i Peter, jednak nie wiem gdzie on jest. Błagam, pomóżcie mi go znaleźć. Co do wieku... Mam dopiero 26 lat, więc życie dopiero przede mną... Tak samo było z nimi... - Mężczyzna posmutniał. - Mam na imię Chris.
Moje serce zabiło mocniej, gdy usłyszałam te imię. Wiedziałam, że tak samo miał na imię mój ojciec, powiedział mi o tym wódz. Coś nie dawało mi spokoju, zbyt bardzo przejęłam się historią tego mężczyzny. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Następnie odezwał się doktor:
-Ellie, to ty musisz zdecydować czy zabierzemy go do naszej krainy. To Ty zorganizowałaś wyprawę dla Blake'a...
Nie musiałam się nawet zastanawiać.
-Zabieramy go.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz